Cambridge

czwartek, 14 wrzesień, 2006 at 18:32 (Me, Myself & I, Ze świata realnego)

Moja przygoda w kraju ‘herbatopijców’ zaczęła się niezbyt szczęśliwie – po wylądowaniu na Stansted wszyscy pasażerowie z mojego lotu musieli czekać 1,5h na bagaż. Nikt łaskawie nie ruszył swojej wielofunkcyjnej części ciała, by poinformować zirytowanych ludków, o co chodzi. Ale nie mam co narzekać – przynajmniej mój bagaż nie zaginął w akcji :D. Do czegóż to przyszło, by się cieszyć z tego, że coś poszło dobrze. Wszak to powinno być standardem! W dodatku plusowki uśmiech powinien być smutniejszy,
bo roaming w UK to bujda - mi działa ledwo wysyłanie mesków.

Spóźniłam się na bus do Cambridge, ale co tam! Miałam prywatnego szofera, Anglika należącego do grupy organizującej stypendia ;). Taka mała uwaga: ambitne rozmowy, które ćwiczy się na wszelakich kursach językowych to bujda :D Całą drogę gadaliśmy o głupotkach, typu: prostokąty na jezdni, systematyka znaków drogowych, wpływ wilgotności powietrza na samopoczucie itd. Chwilami już zasypiałam :P.

Jednak w końcu dotarliśmy do celu, byłam pierwszą z polskiego kontyngentu. Wkrótce przybyli pozostali. Trzeba przyznać, że zgraliśmy się od razu i przez cały pobyt w Cambridge mieliśmy niezły ubaw. Pierwszy dzień był w sumie niegoźny – mało wykładów o głupotach, dużo gadania o głupotach z innymi stypendystami ;). Chcieliśmy nawet wyrwać się do jakiegoś sklepu, ale gdy dowiedzieliśmy się, ile czasu zajmie nam droga  wobie strony, zwątpiliśmy w naszą jasną stronę mocy, po czym w ciemności usiedliśmy w parku i integrowaliśmy się :D.

Drugi dzień to już mnóstwo wykładów mniej lub bardziej użytecznych, ale na pewno zbyt długich jak na biednych, zagubionych stypendystów myślących tylko o jednym (ciekawe… o czym? :D). Zwiedziliśmy też nieco Cambridge. Muszę przyznać, iż niektóre miejsca aż krzyczały, by wrócić do nich za dwa lata ;).

Wieczorkiem znów uraczyli nas przydługawym wykładzikiem, po czym gorąco zachęcili do rozruszania naszych zanudzonych mózgów, by wymyślić jakąś śmieszną scenkę, tudzież skecz. Także Polski Tim zabrał się do pracy :D. “Zróbmy konie” – to jedyne, co zdołaliśmy wymyślić przez 10 minut nieustannie śmiejąc się z głupoty naszego pomysłu (i to jakiego pomysłu! :D pozdrowienia dla pionierskiego konika :P). Oczywiście, zgodnie z wszystkimi przewidywaniami lub niezgodnie (jak kto woli), poszliśmy na pierwszy ogień. Nieśmieszne łamacze języka po polsku w wykonaniu kolesia prowadzącego całą imrezę oraz Polski James Blunt, który – zrobił nieprzewidywalną karierę :D. Kilka minut przed wyjazdem do szkoły jeszcze podrywały go jakieś kobitki :D.

  • …juuuuu’rrrr bjuutifooooooooool…. juuuu’rrrr bjuutifoooooooool…. juuu’rrrr bjuutifoooooool…

W niedzielę znów mnóstwo wykładów, później punting – było bardzo śmiesznie, choć zostałyśmy z Anią oddzielone od naszej reszty pencernej. Czesi okazali się w porządku ;-)

Wieczorem w dwóch sesjach mieliśmy przedstawiać prezentacje o naszych krajach, nad którą my myśleliśmy bardzo intensywnie przez cały pobyt – także w biegu ustaliliśmy co i jak :P. Po pierwszej sesji,w której nie udało się nam wystąpić, mieliśmy przyjęcie, a później uroczystą kolację. Choć jak dla mnie było to przede wszystkim rozmowa z ludźmi w towarzystwie których siedziałam, czyli z grupą trzymającą władzę (czytaj: HMC). Szycha ze mnie! A jak! :P

Później była nasza prezentacja, która wyglądała mniej więcej tak:

film o Polsce, podczas którego Ola paradowała w krakowskim stroju (się poświęciłam i wzięłam coś ze sobą :P) oraz z Guciem częstowała widownię ptasim mleczkiem,

przedstawienie kilku pikantniejszych faktów dotyczących sławnych Polaków,

film o szkole.

Wyszło całkiem fajnie – było krótko ciekawie, słodki i z fajną
muzą ;).Żałowaliśmy tylko, iż nie zatańczyliśmy czegoś. Kilka
reprezentacji przygotowało krótkie kursy tańca i było naprawdę wspaniale. Jeden z najlepszych momentów
tegoż pobytu, a oni cały wcześniejszy czas zanudzali
nas plecionką. Aż żal było wracać do pokojów…
Chciało się bawić! :)

Ostatni dzień, ostatnie wykłady i pożegnania.

Pobyt zaliczam do bardzo udanych, choć nudziliśmy się jak diabli na wykładach. Poznałam świetnych ludzi i choćby po to, warto było starać się o stypendium :).

Wybujała wyobraźnia? Nie, rzeczywistość…
James Blunt, Marta, Ola, Ania, ja, Rafał, Gucio

Napisz komentarz