Więzienie marzeń

piątek, 15 wrzesień, 2006 at 18:33 (Me, Myself & I, Ze świata realnego)

Culford School znajduje się jakieś 15 minut drogi od pobliskiego miasteczka – Bury St Edmunds oraz kilku innych malowniczych miejscowości. Przez 1 dzień byłam gościem u jednej z tutejszych rodzin, więc miałam okazję poznać okolicę. Trzeba przyznać, że zabudowanie to typowe, stare angielskie chatki z krzywmi ścianami i ludźmi w środku. Do tego jeszcze kościoły, które wszystkie dla mnie wyglądają tak samo ;): nieodrestaurowane budynki z kamienia z drewnianym sklepieniem, na zewnątrz pozostałości tablic nagrobnych, trawniki i jakieś krzewy. Ma to swój specyficzny klimat :).
Lavenham Guildhall

Teren należący do szkoły to 200 hektarów - głównie jakieś łąki, las,
boiska, budynki itd. Zajęcia odbywają się w salach / budynkach należących do danego departamentu. W budynku głównym mieszczą się: jakieś biura, recepcja, biblioteka, aula, pokój nauczycielski i wydziały muzyki, religii (może jeszcze inne, nie wiem :P) oraz tymczasowo teatru. Mamy 5 domów, z których, podejrzewam, mój jest najładniejszy, bowiem został w zeszłym roku umeblowany. Pokoje są 1-4 osobowe (ja mam 2) w całkiem niezłym stanie – biją o głowę Fitzwilliam College. Do tego łazienki z wejściem od korytarza dla 2-3 osób. Mamy również kuchnię, świetlicę, jakieś biblioteki, pralnię i budki telefoniczne.

Mundurki są okropne: długa spódnica w kratkę wykonana z okropnie nieprzyjemnego i dość ciepłego materiału, do tego biała bluzka, opcjonalnie czarny sweter i/lub żakiet (obowiązkowo na apele itd.). Mamy też paskudne grantowe krawaty z logiem szkoły, ale na szczęście mój rocznik już ich nie musi nosić (chyba tylko na jakieś wyjątkowe okazje). Chłopcy mają szkolne garnitury, bez żadnych głupawych dodatków, ale z krawatem. Ogólnie może nie byłoby to takie złe, gdyby nie spódnica :P.
Lekcje od poniedziałku do piątku podzielone są przerwami na 3 części. Rano należy wstać, udać się na śniadanie, później spotkanie z wychowawcą (w kilku(nasto) osobowych grupach; sprawdzanie obecności i ewentualnie jakieś inne trapiące nas lub tutora sprawy) ewentualnie apel w auli (przeważnie słuchanie / śpiewanie głupot). Dalej są 3 lekcje, później 25 minut przerwy, znów 3 lekcje, obiadek, spotkanie z wychowawcą, ostatnie 2 lekcje. W soboty mamy tylko pierwsze spotkanie z wychowawcą, a później 2 lekcje, przerwa, 2 lekcje. Następnie czas
na herbatkę i od ok. 16 zaczyna się sesja zajęć
dodatkowych. O 18 jest kolacja, godzinę później zbiórka
mieszkańców domu, po czym mamy ’ciszę’ na odrobienie pracy domowej - trwa to do ok. 21.
Mój rocznik musi być w swoich pokojach o 22.30, 15 minut później mają być wyłączone światła… Ale iść spać można
o której się chce -
pod warunkiem, że używasz małej lampki i zachowujesz ciszę. Pasuje też się dogadać z współlokatorką :P.

Wszystkie przedmioty podzielone są na 5 grup, zajęcia w każdej grupie odbywają się w tym samym czasie. Im mniej przedmiotów wybrałaś(-eś), tym więcej masz wolnych godzin, czyli tzw. Private Studies, podczas których powinieneś się przygotowywać do innych zajęć ;) Nie obwiązuje tutaj pojęcie klasa w takim znaczeniu, jak w Polsce. “Klasa” to cały rocznik. Grupy przedmiotowe liczą od 2 (niemiecki) do ok. 18 osób.

Mój wybór zajęć uległ zmianie, jako że zostałam namówiona do nauki historii, a w szkole nie pozwolili mi uczyć się francuskiego. Tak, dobrze napisałam. Powiedziano mi, że nie poradzę sobie, bowiem dopiero poznaję ten język, a inni uczą się go od kilku lat. Nawet żadnego testu nie pisałam, by sprawdzić moją wiedzę… Akurat na tym przedmiocie zależało mi najbardziej, a tutaj? :( Najgorsze jest to, że z moich informacji wynika, iż poziom wcale nie jest taki wysoki. Krótka charakterystyka moich przedmiotów:

Historia – w ciągu roku do przerobienia 3 moduły, 2 nauczycieli – jeden od WB, drugi od Rosji, jak na razie oglądaliśmy trochę filmów i omawialiśmyjakieś zagadnienia. Najgorsze
jest to, iż każą mi tutaj pisać bardzo zwięzłe notatki, a ja przecież jestem
przyzwyczajona do długich tasiemców dla naszego historyka :)
Chemia – przez ten tydzień nie nauczyłam się nic nowego, oprócz pewnej ilości fachowego słownictwa. Robimy też dużo doświadczeń, na podstawie których notujemy obserwacje i wyciągamy wnioski. Wszystko robimy sami, nauczyciel jedynie przynosi odczynniki, a cały sprzęt i resztę bierzemy sami, w zależności od potrzeb. Pracujemy w parach, choć niektórzy w małych grupkach (jak kto woli)
Teatr – czytamy sztukę (aktualnie Czekow “3 siostry”), omawiamy ją, przedstawiamy niektóre sceny, do tego jeszcze jakieś ćwiczenia aktorstwa itd.
Matematyka (x2) – mając 15 lekcji matmy w tygodniu można: wiele się nauczyć oraz pokochać lub znienawidzić ten przedmiot – mi udaje się na razie utrzymać stosunkową sympatię ;). Różnice programowe pomiędzy Polską a UK są widoczne, ale radzę sobie. Z większością omawianych aktualnie zagadnień się spotkałam, nowe są dobrze
tłumaczone przez 2 całkiem fajnych nauczycieli.

Takie są moje wrażenia, przynajmniej te pierwsze ;). W każdym razie ten system edukacji to raj dla leniuchów (tak mi się wydaje :P) – można mieć mnóstwo wolnych lekcji, zadanie jest raz w tygodniu, a w dodatku wybór przedmiotów, sprawia, że uczysz się tego, czego chcesz lub wcale się nie uczysz :D. Uwagi wymaga również działanie wychowania fizycznego. Przeznaczone są na to 2 sesje po 4o minut (czyli tak jak normalna lekcja) w tygodniu (z jednej można zrobić sobie wolne). Raz na semestr wybiera się sporty, jakie chce się trenować i uczestniczy w zajęciach z tej też dziedziny. Ja wybrałam siatkówkę i wspinaczkę.

Po lekcjach są zajęcia dodatkowe, ja wybrałam dla siebie: myślenie krytyczne, dabatowanie i gra w tenisa (świetny sport :)) – zdążyłam już dostać piłką w czoło, odbić tę żółtą kulkę za siatkę oraz uśmiać się do rozpuku). Wybór jest oczywiście duuużo większy: od wszelkiego rodzaju sportów, przez naukę języków (akurat nie francuskiego…) i inne twórcze przedmioty, po zawabę w wojsko, strzelanie do gołębiów i działalność charytatywną.
Ludzie tutaj są w porządku, jest mnóstwo obcokrajowców. Czasem mam wrażenie, że na ostatnich 2 rocznikach liczba niemców i chińczyków przerasta tubylców. Ich znajomość angielskiego czasem mnie przeraża, ale spokojnie – jeszcze się nauczą. Wszyscy się tutaj do siebie uśmiechają, za każdym razem gdy spotyka się jakąś znajomą osóbkę (nawet tylko z widzenia) padają pytania o samopoczucie, no i oczywiście – nieustannie się witamy :D.

Teraz zapewne zastanawiacie się, dlaczego do notki opisującej tak wspaniałe miejsce, dodałam dość kontrowersyjny tytuł – już wyjaśniam. Wpawdzie mam ze sobą laptopa i telefon komórkowy, ale mój kontakt ze światem zewnętrznym jest baaaardzo utrudniony. W całym budynku iternatu nie mam zasięgu w telefonie, by wysłać głupiego sms’a czy zadzownić, muszę wychodzić na zewnątrz, gdzie aparat pokazuje przeważnie maksymalny zasięg. Internet jest tutaj tak bardzo okrojony, że nie mogę dostać się na własną pocztę, nie mam dostępu do komunikatorów, czatów ani wielu innych, pożytecznych zwykłemu zjadaczowi chleba, rzeczy. Pewnie teraz się dziwicie, bo
widzieliście mnie dostępną ;). Ano – można zdziałać cuda za pomocą kilku rzeczy i odpowiedniej wiedzy. Przez 1 dzień miałam nawet nieograniczony dostęp do wszystkiego – mogłam chociażby ściągać filmy z prędkością ok. 2MB/s. Tylko że zostałam zablokowana: moje proxy wysyłało i pobierało jakieś dane co 3 sekundy, a to nie spodobało się ludkom od sieci i poleciał ban. Na szczęście udało mi się to jakoś odkręcić i po skanach antywirami, mam znów sieć… w wersji okrojonej. Oczywiście, cały czas z pewnym dobrym duszkiem próbujemy coś jeszcze zdziałać, bym miała choć normalny dostęp do GG na swoim profilu (założono mi nowe konto (na szkolnej domenie), na którym mam dostęp do sieci i muuultum ograniczeń działań na własnym kompie (chore!!) – nie widzę nawet dysku C:, nie mówiąc już o tym, że każą mi używać IE – ale Opera i tak chodzi).

Jakie są moje wrażenia? Mieszane. Z jednej strony chcę już wracać, a z drugiej zostałabym tu. Muszę to rozważyć ;).

2 komentarzy

  1. Jarek powiedział

    Ja to powiem tak, że jednak kończąc Polską podstawówkę, gimnazjum i szkołę średnią naprawdę trudno miałbym się “przestawić” na inny tryb nauczania.

    “Kobieta zmienna jest” – niestety Jarek też :D Dlatego codzienne wstawanie o tej samej porze, codzienne zaczynanie zajęć o tej samej porze, śniadania, obiady no i wreszcie kończenie dnia. Szlag by mnie trafił, gdyby dzień w dzień równo o 22.45 gaszono światło. Ja bym tak nie potrafił, naprawdę.

    Po trzecie komputer. Wariuję jeżeli w ciągu 12h nie zobaczę swojej posty tudzież nie sprawdzę stanu swojego komunikatora. Jako zapalony użytkownik eMule’a musiałbym mieć dostęp do tego programu, aby ściągać kolejne dziesiątki albumów muzyki (których zbiory są liczone na kilkadziesiąt GB :P).

    Garnitur baaardzo lubię, ale taki jaki sam sobie kupię =) Więc codzinne chodzenie w stroju, który nie został przeze mnie wybrany i o zgrozo nie w takich kolorach jak lubię skończyłoby się u mnie nerwicą :D

    Jednak zajęcia dodatkowe to cholerny plus do którego od zawsze chciałem mieć dostęp w Polsce. Tak, tak – zaraz ktoś powie – mamy w Polsce zajęcia dodatkowe. Ale owe zajęcia ograniczają się do dodatkowych lekcji WF’u i/lub zajęć związanych z językiem polskim, np. kółka teatralne. No w ostateczności zajęcia dla fanatyków religijnych :D

    Weźmy chociażby tenis. Niestety, żeby zagrać sobie na porządnym korcie tenisowym muszę jechać 30 minut autobusem + 15 minut drogi na nogach ;) Znalezienie kogoś kto chętnie pojedzie zagrać i sam sobie za to zapłaci nie jest takie proste ;) Naturalnie z początku warto też mieć trenera, który też się trochę ceni.

    UK to UK, Polska to Polska. Powodzenia ;)

  2. foxy powiedział

    Widzisz, mnie też to wszystko męczy. Wiadomo, iż szkoła tutaj ma swoje plusy – chyba największym jest nauka wybranych przedmiotów, a nie wszystkich głupot świata. Aczkolwiek czasem zastanawiam się, czy jednak najlepszym wyjściem nie jest zrobienia matury w Polsce bez tej rocznej przerwy… Roku nigdy nie nadrobię całkowicie w 2 miesące.

Napisz komentarz